Zupa żółwiowa i inne przysmaki polskich żołnierzy od Andersa

Pewnego poranku poproszono nas, aby zdjąć skórę ze zdechłego bydlaka. Udało mi się to zrobić przy pomocy trzech kompanów. Jeden z nas przeprowadził ten „zabieg” fachowo. A ja zapytałem predsiedetela, czy można zabrać mięso. Zgodził się chętnie i wskazał miejsce, gdzie można było zakopać. Zajrzeliśmy do wnętrzności cielaka. W jelitach znaleźliśmy skamieniały, twardy makuch (przyczyna śmierci). Po oczyszczeniu jelit, odcięciu głowy i kopyt, pozostałe mięso zabraliśmy do kibitki. Najlepsze kawałki ugotowaliśmy z mąką. O dziwo wszyscy obawiali się tej potrawy. Pierwszy zjadłem kilka łyżek. Bardzo to było smaczne. Inni mnie naśladowali. W kilka dni później z cielaka zostały tylko kości. Przychodził po nie pies bernardyn, zjadł z apetytem. Pracowaliśmy na roli z olbrzymimi motykami, wspólnie z kołchoźnikami. Gdy pracowaliśmy z kobietami, dostawaliśmy od nich suszone winogrona, śliwki, placuszki, ukradkiem żeby dozorcy nie widzieli. Choć była mała ta pomoc, ale serdeczna! Zaostrzała nam jednak apetyty.

Przysmaki świata

Zdechłe koty, ptaki itp. gniją na polu i cuchnie. Proszono nas grzecznie o oczyszczenie terenu. Gdy głód znowu zajrzał do nas, to jeden z „towarzyszy” włożył rękę w odbytnice krowy i porwał jej wnętrzności. Po paru dniach krowa zdechła. I znowu mieliśmy czym zaprawiać gotowaną zupkę mąką! To szybko się skończyło, a dostępu do stadniny nie mieliśmy, powstała myśl zdobycia psa bernardyna, który zaprzyjaźnił się z nami. Ciągnęliśmy losy kto go zabije. Byłem temu przeciwny, ale musiałem ulec głodnym opryszkom. Los do zabicia zapałkę ja wyciągnąłem. Zadrżałem, ale nie mogłem się wycofać. Zamknęliśmy psa w przedsionku kibitki. Z olbrzymia motyką starałem się uderzyć jego głowę. Pies stanął na tylnych łapach. Był wyższy ode mnie. Nie trafiłem. Za nim uniosłem do góry motykę, pies dał susa, cielskiem uderzył o mnie i całą siłą uderzył w drzwi kibitki. Przewrócił trzymających drzwi i uciekł. Następnego dnia mieliśmy dzień wolny od pracy. Pies poszukujący kości, wszedł do kibitki. Operację chcieliśmy powtórzyć. Zamknęliśmy i ubezpieczyliśmy drzwi podporami i omawialiśmy, jak psa zabić. Po pewnej chwili z pomocnikiem weszliśmy do przedsionka kibitki. Zdążyliśmy tylko zobaczyć ogon uciekającego psa przez wykopany otwór pod kibitką.

Zupa żółwiowa

Po ulewnym deszczu na pustyni rosła trawa, jakieś listki i małe kwiatki. Wody spływały do sztucznych, zamulonych kanałów. Rozpoczęło się życie pustynne. Płazy i żółwie wychodziły na żer. Żółwi była masa. Kilkakrotnie o wschodzie słońca, z 2-ma żołnierzami wyjeżdżałem wozem na polowanie żółwi, które na wysokich nóżkach dźwigały swój pancerz, długą szyjką szukały trawki. Uzbierałem ich tyle ile mieściło się na wozie. Specjaliści z obozowej kuchni z żółwich szyjek gotowali zupę, a ze znalezionych jaj smażono najwspanialsze przysmaki. Po przeżyciach w łagrach, chwile te należały do najpiękniejszych. Podobna przyjemność nie trwała długo. Po kilku takich polowaniach wydano nakaz przez NKWD zaprzestania tych polowań. NKWD miało swoje wtyczki, które informowały o naszym życiu w obozie.

Powyższe fragmenty pochodzą z publikacji:

Wacław Jałowik, W piekle wojny na trzech kontynentach, oprac. K. Drozdowski, Warszawa 2019.

Książkę można nabyć drogą wysyłkową w cenie 20 zł.

mBank: 12 1140 2004 0000 3102 4226 1090

Plus koszty przesyłki.

W tytule przelewu proszę wpisać dane do wysyłki

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *